Szymon Klepacz, piłkarz z zawodowym kontraktem, po kontuzji musiał przemyśleć ścieżkę kariery. Postawił na automatykę i programowanie PLC. Dziś jako właściciel firmy S Integration i szkoleniowiec pokazuje, jak dzięki świadomej edukacji zbudować stabilną przyszłość i finansowe bezpieczeństwo. W rozmowie z portalem TechKariera opowiada, dlaczego postanowił zostać automatykiem i z czym się wiąże ten zawód.
Redakcja: Jak trafił pan do branży automatyki? Czy już jako dziecko interesował się pan robotami, czy wyniknęło to płynnie z edukacji?
Szymon Klepacz: Ja kompletnie nie miałem nic wspólnego z tą branżą, nie wiedziałem nic o sterownikach PLC czy automatyce. Byłem wręcz przekonany w szkole, że będę piłkarzem i do tego dążyłem. A jeśli chodzi o wybór kierunku studiów, w liceum zauważyłem, że mam dużą przewagę nad rówieśnikami, jeśli chodzi o fizykę. Z matematyki byłem zawsze bardzo dobry, ale sporo osób również świetnie sobie z nią radziło. A w przypadku fizyki pojawiła się spora przepaść między mną a resztą klasy – może dwie, trzy osoby dostawały piątki i szóstki, a duża część klasy „leciała” na dwójkach. To właśnie wtedy zacząłem myśleć o kierunkach technicznych i Politechnice. Zacząłem szukać w internecie informacji, które kierunki są najbardziej rozchwytywane i najlepiej się po nich zarabia. Chciałem wybrać tak, żeby mieć pewność pracy i dobrych zarobków. Szukałem konsensusu – połączenia moich umiejętności i predyspozycji z realnymi potrzebami rynku.
Uważam, że to mit, iż przy wyborze zawodu trzeba kierować się przede wszystkim pasją, a pieniądze przyjdą same.
Powtarzam to na konsultacjach i szkoleniach: nie kierujcie się wyłącznie pasją, ponieważ można skończyć kierunki, po których po prostu nie ma pracy. Dotyczy to zwłaszcza uczelni prywatnych – wypuszczają magistrów de facto bez wykształcenia.
Trafny wybór
Redakcja: Zastanawiam się, skąd takie racjonalne podejście u tak młodej osoby? Czy to była zasługa domu, rodziców, czy po prostu pańskie podejście do życia?
S.K.: Pomysł na automatykę i robotykę wyszedł ode mnie, sam to znalazłem i zgłębiałem. Rodzice mają wyższe wykształcenie i zwracali uwagę na to, żebym się przykładał do nauki. Wyniosłem to z domu. Myślę jednak, że ważną zmienną był sport. Od dziecka zaszczepił we mnie chęć rywalizacji i osiągnięcia w życiu czegoś więcej. Widziałem ludzi osiągających sukces i bardzo chciałem też tego doświadczyć. Nie miałem mentora, działałem metodą prób i błędów, ale napędzała mnie odwaga i chęć parcia do przodu.
Redakcja: Czy rozważał pan inne ścieżki, czy to był pierwszy trafny wybór?
S.K.: Najbardziej zależało mi na piłce nożnej. W wieku 19 lat miałem nawet kontrakt zawodowy, ale potem przyszła kontuzja. W międzyczasie aplikowałem na studia z automatyki i podjąłem decyzję o zakończeniu przygody z piłką. Był jeszcze pomysł w gimnazjum, aby iść na medycynę – zawsze celowałem w najlepsze możliwe opcje.
I ty zostaniesz automatykiem
Redakcja: Zastanawiam się, czym powinna cechować się osoba, która zajmuje się automatyką, aby odnalazła się w tym zawodzie? Ciekawością świata? Konsekwencją w działaniu? Uważnością?
S.K.: Wskazałbym tutaj kompetencje miękkie: zdolność do rozwiązywania problemów i odporność na stres.
Redakcja: A stres wynika z czego? Z błędów czy kontaktów z klientem?
S.K.: Ze wszystkiego. To branża, gdzie są duże pieniądze i kontrakty, a co za tym idzie – ogromna odpowiedzialność. Proszę sobie wyobrazić: minuta przestoju w fabryce samochodów, z którymi miałem sporo do czynienia, potrafi generować straty rzędu 10 tys. euro. Byłem świadkiem sytuacji, w których błędy programistów niszczyły sprzęt lub powodowały ogromne straty finansowe. Słyszałem historię, że błąd na linii produkcyjnej spowodował, że przez kilka godzin były produkowane samochody z bardzo poważną wadą, która już była nie do odratowania. To wygenerowało stratę w wysokości ok. 600 tys. euro.
Dochodzi też odpowiedzialność prawna. Programujemy maszyny, które muszą być bezpieczne dla człowieka, który będzie potem na tej maszynie pracował. Podpisuje się odbiory, więc trzeba mieć wiedzę i być skrupulatnym, aby system sterowania zgadzał się z analizą ryzyka.
Redakcja: Podejrzewam, że sport przydał się panu do opanowania stresu. Świadomość, że odpowiada się za ludzkie życie, może być dla niektórych przytłaczająca.
S.K.: Tak. Specjalizuję się w systemach bezpieczeństwa i podpisuję odbiory, więc zgłębiłem tę działkę. Jednak statystycznie, jeśli programista zrobi wszystko poprawnie, szansa na wypadek z jego winy jest znikoma. Zdecydowana większość wypadków w fabrykach wynika z niepoprawnej eksploatacji i łamania zasad BHP przez użytkownika, np. zdemontowania osłony. Systemy przygotowuje się tak, by minimalizować błędy ludzkie poprzez standaryzację i procedury.
Zminimalizować błędy
Redakcja: Czyli człowiek jest najsłabszym ogniwem w sumie w całym tym systemie?
S.K.: Teoretycznie tak, ale szkolimy się, żeby minimalizować błędy ludzkie. Najważniejsza jest powtarzalność i procedury, które myślą za nas, standaryzacja wszystkiego.
Redakcja: Porozmawiajmy teraz o ścieżce kariery w automatyce i robotyce. Branża jest ogromna. Jak wybrać specjalizację? Co pan radzi kursantom?
S.K.: Trzeba dopasować się do swoich predyspozycji. Są osoby zainteresowane robotyką, a inne sterownikami PLC. Programiści PLC zazwyczaj zarabiają trochę lepiej, ale jeśli ktoś bardzo lubi roboty, różnica stawek jest nieznaczna.
Programiści PLC mają jednak więcej pracy, bo ta działka jest bardziej rozległa i nie opiera się tylko na motoryzacji. Robotyka jest mocno uzależniona od branży automotive, gdzie jest najwięcej projektów. Na jednego programistę PLC, który steruje „mózgiem” całej linii, może przypadać kilku robotyków. Wynika to z faktu, że jeden sterownik PLC działa jako nadrzędny „mózg” całej linii, zarządzając pracą 15 czy 20 robotów jednocześnie.
Trzeba jednak pamiętać, że europejska motoryzacja przeżywa dziś trudności związane z sytuacją gospodarczą i polityczną. To rodzi pewne ryzyko dla specjalistów od robotyki. Jeśli chodzi o działy utrzymania ruchu, to osoby znające sterowniki PLC są tam znacznie bardziej pożądane. Znajomość programowania i eksploatacji PLC to podstawa pracy automatyka w fabryce, podczas gdy robotyka bywa traktowana jako dodatek – nie każdy zakład posiada roboty.
Rynek ewoluuje i pojawiają się nowe, wąskie specjalizacje.
Kiedyś automatyka opierała się głównie na elektryce i prostych szafach sterowniczych. Z czasem elektrycy zaczęli pisać proste kody, a dziś programowanie PLC zmierza wręcz w stronę IT.
Podobnie wygląda sytuacja z systemami napędowymi. Stały się one tak zaawansowane i skomplikowane, że w firmach powstają osobne stanowiska dla specjalistów ds. napędów. Kiedyś odpowiadał za to ogólny automatyk, dziś programista PLC zajmuje się tylko prostszą konfiguracją (np. falowników), natomiast do skomplikowanych układów wieloosiowych zatrudnia się dedykowanych ekspertów.
Dlatego też, gdy ktoś zgłasza się do mnie na konsultacje, dobieramy ścieżkę kariery indywidualnie. Rynek dynamicznie się zmienia: powstają nowe potrzeby, a inne powoli wygasają.
Redakcja: Czy rynek zmienia się też pod wpływem sztucznej inteligencji?
S.K.: Ma ona wpływ, ale nie widzę tego w kontekście negatywnym. Systemy sterowników PLC są zamknięte, a ChatGPT czy inne narzędzia z zewnątrz słabo sprawdzają się w pisaniu kodu, bo nie znają wewnętrznych standardów i know-how fabryk.
Ja używam sztucznej inteligencji jako narzędzia wspomagającego. Gdy mam problem techniczny, opisuję go w AI, a ona podpowiada mi dodatkowe możliwości lub błyskawicznie przeszukuje rozległe dokumentacje, co oszczędza mi mnóstwo czasu. Koniec końców to jednak ja muszę wszystko przetestować i sprawdzić.
Droga automatyka
Redakcja: Jak wygląda klasyczna ścieżka kariery? Czy trzeba skończyć liceum i politechnikę, czy można wejść do branży inaczej?
S.K.: Odpowiedź jest złożona. Na przykład ja jestem po liceum ogólnokształcącym. Na studiach zauważyłem, że osoby po liceum lepiej radziły sobie z matematyką i myśleniem abstrakcyjnym, natomiast osoby po technikum miały lepszą wiedzę praktyczną. Wiedziały, co z jakimś sprzętem zrobić, co jak pomierzyć. Jeżeli chodzi o elektrykę, miały dużo większe techniczne pojęcie, więc są plusy i minusy, ale do matury nie przekreślałbym niczego.
Idealna ścieżka to: profil matematyczno-fizyczny w liceum lub dobre technikum mechatroniczne, następnie studia (najlepiej automatyka i robotyka) i jak najszybsze rozpoczęcie pracy w zawodzie, już w trakcie studiów.
Jednak wejście do branży w wieku np. 30 lat też jest możliwe. Można zrobić miks szkoleń certyfikacyjnych i podjąć pracę jako technik automatyk, by zdobyć doświadczenie. Znam historię robotyka ze Słowenii, który zaczynał jako mechanik przemysłowy – montował maszyny i spinał elektrykę. Nie miał studiów kierunkowych, ale dzięki skrupulatności i chęci nauki przebranżowił się na programistę robotów i świetnie sobie radził.
Rynek, zwłaszcza niemiecki, otwiera się na specjalistów bez studiów, choć nadal uważam, że warto zainwestować w dyplom inżyniera.
Zarobki w branży automatyki
Redakcja: Jakiego rzędu są zarobki dla osób początkujących i ekspertów?
S.K.: Stawki bardzo mocno się rozbiegają. Ja zaczynałem od 2200 zł. Przez pierwsze trzy lata średnio zarabiałem w okolicach 5 tys. zł, co oscylowało wokół średniej krajowej. Jednak potem nastąpił ogromny przeskok – zwiększyłem swoje zarobki siedmio-, a nawet ośmiokrotnie.
Na umowie o pracę widełki wynoszą zazwyczaj od 5 tys. do 25 tys. zł brutto, w zależności od stanowiska i doświadczenia. Natomiast w przypadku współpracy B2B i kontraktów zagranicznych, możliwości są znacznie większe.
Znam osoby, które wystawiają faktury na ponad 100 tys. zł netto miesięcznie. Dotyczy to jednak ekspertów gotowych na wyjazdy, np. miesięczne delegacje do USA.
Kluczowa jest tutaj znajomość języków. Angielski to absolutna konieczność (tzw. „must have”), a drugim bardzo ważnym językiem jest niemiecki. Jeśli ktoś ma 15 lat doświadczenia i biegle mówi po niemiecku, może liczyć na stawki rzędu 100 euro za godzinę. Więc potencjał zarobkowy jest bardzo duży, ale jest też ta druga strona medalu, która wiąże się z częstymi delegacjami.
Czytaj więcej o zawodzie programisty PLC
Redakcja: A czy w tej branży możliwa jest praca zdalna?
S.K.: Kilka moich ostatnich projektów realizowałem zdalnie, łącząc się z maszynami w Niemczech czy USA. Widzę trend w tym kierunku, technologie na to pozwalają. W energetyce niektórzy pracują zdalnie przez 95 proc. czasu. Jednak przy najwyższych zarobkach wciąż królują delegacje.
Redakcja: Jakie certyfikaty lub poświadczenia warto mieć? Czy w tej branży mają znaczenie polecenia i networking?
S.K.: Jeżeli ktoś wyrobi sobie znajomości, kontakty i opinię, to potem często robi projekty z polecenia, ale formalne certyfikacje są w wielu miejscach wymagane i to też zależy, do jakiej konkretnie branży się trafi. Warto mieć uprawnienia elektryczne (SEP do 1 kV). Jeśli celujemy w branżę automotive, np. pracę dla Mercedesa, przydają się certyfikaty z ich standardów. Warto też robić kursy z programowania sterowników PLC. Przestrzegam jednak przed wydawaniem pieniędzy na oślep – szkolenia są drogie, więc trzeba je dobierać pod konkretny cel zawodowy, a nie tylko, żeby mieć papier.
Marka osobista
Redakcja: A jak wpadł Pan na pomysł tworzenia kursów online i budowanie marki osobistej?
S.K.: Wiele osób szuka dziś łatwych rozwiązań, a ja chciałem pokazać drugą stronę: że jeśli ktoś chce dobrze żyć i zarabiać, trzeba iść ścieżką solidnego wykształcenia. Obecna narracja, że „szkoła jest zła”, jest szkodliwa. Solidny zawód, jak inżynier czy lekarz, daje stabilizację i wysokie zarobki.
To moja osobista misja, również ze względu na przyszłość moich dzieci. Chcę, żeby widziały, że można osiągnąć sukces i dobre życie dzięki rzetelnej wiedzy i pracy. Widziałem w mediach społecznościowych reklamy obiecujące miliony za pracę z plaży, dropshipping czy krypto, za którymi często stały oszustwa lub wydmuszki.
Twórcy niskiej jakości kursów zarabiają na naiwności innych – sprzedając produkt za tysiąc czy dwa tys. zł zaledwie trzydziestu osobom, generują 30 tys. zł przychodu. Pozwala im to na bardzo wygodne życie, mimo że wartość przekazywanej wiedzy jest znikoma. Irytowało mnie to. Od dawna planowałem pokazać alternatywną drogę, ale czekałem na odpowiedni moment. Chciałem udowodnić, że dzięki solidnemu wykształceniu można osiągnąć rewelacyjne zarobki i znaleźć się w gronie 1–2 proc. najlepiej zarabiających Polaków.
Oczywiście muszę zaznaczyć, że nie każdy osiągnie taki poziom finansowy. Niemniej, jeśli ktoś wybierze tę profesjonalną ścieżkę, to nawet jeśli nie dojdzie do zarobków rzędu 30, 40 czy 50 tys. złotych, to dzięki uprawnieniom i doświadczeniu po ok. pięciu latach pracy na etacie może liczyć na pensję rzędu 12-15 tys. złotych. To gwarantuje wysoki komfort i bardzo dobre życie. Taki model rozwoju zawodowego jest znacznie bardziej wartościowy i możliwy do powtórzenia przez szerszą grupę osób.
Od czego zacząć?
Redakcja: Jaką radę miałby pan dla osób zastanawiających się nad wejściem do tego zawodu?
S.K.: Warto uczyć się przedmiotów ścisłych (matematyka, fizyka, informatyka) oraz języków obcych – angielskiego i niemieckiego. Polecam też skorzystać z darmowych minikursów, by sprawdzić, czy to w ogóle nas interesuje, zanim zainwestujemy pieniądze. Sam prowadzę minikursy oraz udostępniam na YouTube bezpłatne szkolenie „Wstęp do PLC”. To bezpieczny sposób, aby poznać podstawy i przekonać się, czy ten kierunek nam odpowiada, zanim podejmiemy decyzję o dalszych inwestycjach.
Przestrzegam przed kierowaniem się wyłącznie pasją. Zbyt często widzę osoby, które poświęcają pięć lat na studia, po których nie mogą znaleźć pracy. To marnowanie czasu. Jeśli coś cię interesuje wyłącznie hobbystycznie, lepiej kupić kilka branżowych książek i zgłębiać wiedzę we własnym zakresie. Przede wszystkim jednak warto zastanowić się, jakie studia wybrać, żeby mieć po nich pracę i dobre zarobki.
Redakcja: Serdecznie dziękuję za niezwykle ciekawą rozmowę.

