Przewodnik 2026 | Energetyka i OZE

24 października 2026

Od metra po platformy na morzu. O pracy i rozwoju w serwisie urządzeń elektroenergetycznych

Hitachi Energy

Partner artykułu

Hitachi Energy

Warszawskie metro, morskie platformy od Tajwanu po Stany Zjednoczone czy stacje elektroenergetyczne w całej Polsce – to ich miejsca pracy. Piotr Kowalski i Artur Seide z Zespołu Serwisu Hitachi Energy montują i uruchamiają urządzenia, bez których prąd nie dotarłby do milionów domów i fabryk. Opowiadają, jak można rozwijać się w tym obszarze, dlaczego niektóre szkolenia wyglądają jak scena z filmu akcji i co daje im w pracy największą satysfakcję.

Przewodnik TechKariera 2026/27

Ten artykuł pochodzi z magazynu Przewodnik TechKariera 2026/27

Artur, Twoja historia brzmi jak scenariusz filmu. Podobno pracę znalazłeś podczas spaceru?

Artur: Tak było. Pod koniec 2018 roku wróciłem z Anglii do Łodzi i poszedłem zobaczyć, jak zmieniło się miasto od kiedy wyjechałem. Po drodze mijałem agencję pracy. W portfelu noszę wszystkie swoje uprawnienia, więc pomyślałem, że wejdę i zapytam. Zacząłem wypełniać ankietę i rozłożyłem dokumenty na stole. Gdy zobaczyła je przechodząca kierowniczka, powiedziała, że ankieta nie będzie potrzebna. Od razu zaproponowano mi pracę w magazynie Serwisu w Kampusie produkcji transformatorów Hitachi Energy. Wyszedłem na spacer, a dziś latam helikopterem na platformy. (śmiech)

Od magazynu do montowania transformatorów na morzu to spory przeskok. Jak to się robi?

Artur: Małymi krokami. Któregoś lata, w sezonie urlopowym, zapytano mnie, czy w zastępstwie nie pojechałbym pomóc przy projekcie w Danii. Zgodziłem się, pojechałem i spodobało mi się. Potem był kolejny wyjazd i następny. Zrobiłem uprawnienia potrzebne do pracy na morzu, aż w końcu uznano, że nadaję się na serwisanta. Pomogło również to, że mam ukończoną szkołę elektryczną i uprawnienia SEP, a kiedyś przez dwa lata montowałem mniejsze transformatory w łódzkiej Elcie. Nie przyszedłem więc zupełnie „zielony”. Dziś prowadzę montaże, obecnie w Ustce, przy projektach Morskich Farm Wiatrowych Bałtyk 2 i Bałtyk 3, które mają zasilać ponad dwa miliony polskich domów, więc fajnie jest dołożyć do tego swoją „cegiełkę”.

Serwis urządzeń elektroenergetycznych Przeczytaj artykuł

Morskie platformy, transformatory, Bałtyk – zatrzymajmy się na chwilę, bo dla kogoś spoza branży to wciąż może być abstrakcja. Spróbujmy od podstaw. Zanim prąd z elektrowni czy farmy wiatrowej trafi do gniazdka, przechodzi przez stacje elektroenergetyczne pełne transformatorów i rozdzielnic. Co tam właściwie robi Serwis?

Piotr: Montujemy i uruchamiamy te urządzenia, a kiedy się psują, naprawiamy. Ja specjalizuję się w rozdzielnicach wysokiego napięcia (GIS). Na budowie dostajemy do pomocy monterów, szkolimy ich i razem z nimi składamy urządzenie, potem robimy pomiary i – kiedy wszystko działa – finalnie przekazujemy je klientowi. Osobna historia to awarie. Często nie da się ich przewidzieć, a gdy urządzenie wypada z pracy, ktoś zostaje bez zasilania. Wtedy liczy się czas. Naszymi klientami są głównie firmy z sektora energetyki, ale też na przykład fabryki, które mają własne stacje.

Artur: Z kolei mój zespół zajmuje się transformatorami na lądzie i na morskich platformach, praktycznie na całym świecie. Najdalej byłem na Tajwanie i w Stanach. Jest nas kilkanaście osób i nie ma w Polsce drugiej  takiej ekipy.

Na środku morza pewnie nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem. Która sytuacja najbardziej Cię zaskoczyła?

Artur: Chyba ta w Stanach Zjednoczonych. Na morskiej platformie do wnętrza transformatora wpadła podkładka. W środku było 56 ton oleju, a platforma stała na jednej podporze. Wypompowanie oleju oznaczałoby przelewanie ponad 50 ton z jednej strony już wyważonej konstrukcji na drugą i sprowadzanie specjalnego statku. Dzięki kreatywności i wiedzy rozwiązaliśmy problem nieszablonowo – i znaleźliśmy podkładkę. Fabryka zaoszczędziła sporo czasu i pieniędzy. A ja takie zadania lubię najbardziej.

Żeby radzić sobie w takich sytuacjach, trzeba sporo umieć. Rozwój w Serwisie to w dużej mierze kolejne certyfikaty. Jak długo dochodzi się do samodzielności?

Piotr: To nie jest szybka ścieżka. Ja zacząłem pracę w Serwisie w 2009 roku, po drodze przez kilka lat kierowałem projektami budowy stacji elektroenergetycznych, a teraz znowu wróciłem do pracy w Serwisie. Punktem wyjścia są uprawnienia elektryczne SEP. W Hitachi Energy w ich zdobyciu pomaga również sama firma. Potem przychodzą szkolenia w naszych fabrykach, w moim przypadku w Szwecji, we Włoszech i w Niemczech. Najdłuższa droga prowadzi do certyfikatu nadzoru nad montażem rozdzielnic w izolacji gazowej (GIS). W Hitachi Energy najpierw jest to prawie miesiąc nauki teorii i praktyki w Szwajcarii, potem dwa sprawdziany na prawdziwej budowie u boku doświadczonego specjalisty, który ocenia nas pod każdym względem. Certyfikat otrzymuje się dopiero wtedy, gdy oba etapy wypadną dobrze. Osób z takimi uprawnieniami jest na świecie około dwustu. Łatwo więc nie jest, ale zdecydowanie warto.

Artur, Twoja lista szkoleń brzmi bardziej jak przygotowanie komandosa niż serwisanta: helikopter, liny, symulator pod wodą...

Artur: Ja lubię przygody, więc potraktowałem to jak zabawę. W symulatorze siada się w kabinie helikoptera, w kombinezonie i zapiętych pasach. Kabina tonie, a żeby było trudniej, obraca się pod wodą do góry nogami. Trzeba się odpiąć, wymacać okno i wypłynąć. Wokół jest pełno nurków i ratowników, więc jest bezpiecznie – ale emocji nie brakuje.

A liny?

Artur: Szkolenie z alpinizmu przemysłowego było dla mnie najcięższe. Osiem godzin wiszenia, a instruktorzy symulują awarię za awarią. Ale na niektórych platformach nie da się postawić rusztowania, więc trzeba się podwiesić pod sufitem i naprawiać transformator z liny. A to trwa.

Kondycję fizyczną serwisantów też ktoś sprawdza?

Artur: Tak, co dwa lata jest test wydolnościowy na stepie: dziesięć minut coraz szybszego wchodzenia na stopień i badanie tętna. Chodzi o to, że na platformę wchodzi się po drabinie, a często jest tylko jedna. Jeśli komuś w połowie drogi zrobi się słabo, blokuje przejście wszystkim. Ale ja specjalnie nie trenuję. Cały dzień na drabinach i platformach to akurat dla mnie wystarczający trening.

Piotr, u Ciebie helikopterów nie ma, ale emocji też nie brakuje, choćby przy uruchamianiu warszawskiego metra. Co w tej pracy daje największą satysfakcję?

Piotr: Świadomość, że robię coś naprawdę potrzebnego. Efekty tej pracy są bardzo konkretne: po kilku tygodniach lub miesiącach montażu urządzenia zaczynają działać i służą ludziom. Choćby wspomniany przykład warszawskiego metra. Uruchamialiśmy zasilanie pierwszych stacji drugiej linii, a później jako kierownik projektu odpowiadałem za kilka kolejnych. Testy były robione przez całą dobę, niektóre dało się robić tylko w nocy, więc tych nieprzespanych było sporo. Była to lekcja, której w Polsce nie dało się odrobić wcześniej ani nigdzie indziej. Ale teraz, kiedy jadę tym metrem, czuję satysfakcję.

Brzmi to jak praca pełna przygód. A z czym trzeba się w niej liczyć na co dzień?

Piotr: Z nieprzewidywalnością. Każdy obiekt jest inny, każdy klient ma swoje procedury i trzeba się do nich szybko dostosować, dbając o przestrzeganie naszych własnych wymogów. To praca, w której sporo jesteśmy w podróży – koledzy z zespołu serwisowania wyłączników potrafią w tygodniu odwiedzić kilka stacji w różnych częściach Polski. A gdy zdarzają się awarie, działamy pod presją czasu i oczekiwań klienta. Trzeba być na to odpornym.

Artur: U mnie dodatkowo wyzwaniem bywają warunki, w jakich pracuję, na przykład klimat. Na Tajwanie czy w Singapurze jest 30 stopni Celsjusza przy 90-procentowej wilgotności, więc wręcz trudno się oddycha. Ale największym wyzwaniem jest odpowiedzialność za ludzi.

Co masz na myśli?

Artur: Kiedy prowadzę budowę, odpowiadam za bezpieczeństwo wszystkich na jej terenie. A ludzie bywają nieostrożni.

Skoro tak wiele zależy od ludzi, zapytam przewrotnie. Mówi się, że sztuczna inteligencja i automatyzacja zmienią większość zawodów. Wasz też?

Artur: W tej branży podstawą są dwie sprawne ręce i to, co między uszami. Trzeba fizycznie pojechać, popłynąć, wejść i zobaczyć. Zmieniają się raczej urządzenia, które monitorują pracę transformatorów, więc ciągle się z nich szkolimy.

Piotr: Pracy dla nas będzie raczej więcej niż mniej. Zapotrzebowanie na energię rośnie, a sieć w Polsce nie jest najmłodsza i czeka ją modernizacja. Ktoś musi te nowe urządzenia zainstalować i uruchomić. Do tego dochodzą morskie farmy wiatrowe na Bałtyku. Tego, co tam powstaje, nie zostawia się samemu sobie, a na morzu przeglądy sprzętu i instalacji trzeba robić nawet częściej niż na lądzie.

Skoro ludzi będzie potrzeba coraz więcej: kto się w tej pracy odnajdzie, a kto szybko odpadnie?

Piotr: Odpadnie ktoś, kto szuka pracy stacjonarnej, bo wyjazdów jest dużo. Odnajdzie się ktoś z dużą dawką ciekawości, kto chce się rozwijać i lubi być w drodze. Wyjazdy to doświadczenie, a przy okazji szansa, żeby zobaczyć kawałek świata. Przyda się wykształcenie kierunkowe. Studia są mile widziane, ale dobrym startem jest też technikum elektryczne.

Artur: Przy pracy na instalacjach na morzu trzeba jeszcze umieć pływać i nie mieć lęku wysokości. (śmiech) Jeden z kolegów dziwił się, po co mu pływanie, skoro ma przecież serwisować urządzenia. Odpowiedziałem, że jeszcze się przekona. A tak na poważnie: jeśli ktoś jako dziecko uwielbiał składać klocki LEGO, to znajdzie tu dla siebie coś ciekawego. Każdy transformator jest inny, czasem coś pasuje, czasem nie i trzeba pomyśleć. Tutaj człowiek cały czas się rozwija.

Ekspert

Piotr Kowalski

Piotr Kowalski

Główny specjalista ds. montażu i uruchomień

Hitachi Energy

Ekspert

Artur Seide

Artur Seide

Serwisant transformatorów

Hitachi Energy